Rozmowa z Agnieszką Braszkiewicz,
najszybciej pływającą Polką
Przetrwać w wodzie jak najdłużej
Gazeta Wyborcza 1998/04/10
- Przyjemne chwile w pływaniu są rzeczywiście niezwykle rzadkie, ale ja
je przeżywam - mówi Agnieszka Braszkiewicz.
Zawsze była najlepsza. Sześć złotych medali zdobyła już na swych
pierwszych w życiu mistrzostwach Polski 12-latków w pływaniu w Zielonej Górze
jako reprezentantka SP 137 Delfin Łódź.
Niewiele medalistek z MP z 1993 roku walczy dziś o medale wśród seniorek.
Agnieszka Braszkiewicz to
robi. Od półtora roku pływa w stołecznej Polonii i uczy się w SMS Warszawa, i
ciągle bije rekordy. Mimo że jeszcze jest 17-letnią juniorką, od roku
poprawia rekordy seniorek. Zaczęła od 50 m kraulem na basenie 50-metrowym.
Potem pobiła rekord na 100 m tym stylem, ale jeszcze tego samego dnia
odebrała go Agnieszce Alicja Pęczak. Pęczakównie zrewanżowała się w marcu
podczas mistrzostw Polski w Koszalinie, odbierając jej rekord na 100 m
kraulem na krótkim basenie.
Dziś jest bezapelacyjnie najszybciej pływającą Polką. Podczas
koszalińskich mistrzostw rekord na 50 m kraulem sprowadziła poniżej 26
sekund, uzyskując 25,79 sek! A jeszcze w styczniu był on o 0,8 sek gorszy i
należał przez 13 lat do Janiny Saidowskiej. Ostatnie rekordy pozwoliły Agnieszce
myśleć o Sydney bardziej jako o miejscu igrzysk, na których ma szansę wystąpić,
niż jako o imieniu swej suczki.
Michał Pol: Pamiętasz ten moment, kiedy po raz pierwszy w życiu znalazłaś
się w wodzie? Nie chodzi mi o kąpiele w wannie.
Agnieszka Braszkiewicz: To
było nad morzem w Chłapowie koło Władysławowa. Miałam pięć albo sześć lat, a
moim nauczycielem był tata. Nie rzucił mnie od razu na głęboką wodę. Trzymał
mnie za ręce na płytkiej, a ja machałam nogami i zaczęłam sama utrzymywać się
na wodzie. Dzięki temu od razu polubiłam morze i wodę. Po powrocie do Łodzi
rodzice zaprowadzili mnie do zerówki w Szkole Podstawowej nr 137 przy klubie
Delfin, gdzie były nabory. Byłam chuda i wysoka, to mnie przyjęli.
I tam się poznano na Twoim talencie...
- Tam się wszystkiego nauczyłam. Trenowałam w Delfinie do ósmej klasy. W
pewnym momencie wraz z trójką koleżanek (Ewą Ciepluchą, Anią Draczyńską i
Moniką Rudzińską) zaczęłyśmy uzyskiwać niezłe wyniki, wygrywałyśmy sztafety.
Na koniec szkoły miałyśmy wiele ofert przejścia do klubów z całej Polski.
Dlaczego wszystkie cztery wybrałyście Polonię Warszawa?
- Wahałyśmy się, rodzice wybrzydzali, a w Polonii najlepiej nas przyjęto.
Tego dnia, którego przyjechaliśmy z wizytą, na miejscu byli wszyscy, do
których mogłyśmy mieć pytania: prezes klubu, trenerzy, dyrektorzy,
kierowniczka internatu. Spodobało nam się takie profesjonalne podejście.
Zdecydowałyśmy się przenieść do Warszawy.
Z aklimatyzacją w nowym mieście nie było problemu, bo i tak większość
czasu spędzałyśmy na wyjazdach. Na początku najbardziej brakowało mi
rodziców, domowej atmosfery i swojego łóżka. Każda wizyta w domu to były łzy,
płacze, że nie chcemy wracać.
W wieku 14 lat zdecydowałaś się przenieść do stolicy i postanowiłaś, że
to, co chcesz robić w życiu najbardziej, to pływanie. To bardzo dojrzała
decyzja jak na ten wiek.
- To nie była w pełni świadoma decyzja, tylko takie... marzenie, żeby jak
najdłużej przetrwać w wodzie. Cały czas robię wszystko, żeby moje wyniki były
coraz lepsze, żeby nie stanęły w miejscu, tak żebym musiała opuścić basen na
zawsze. Bo będę pływać dopóty dopóki będę się rozwijać.
Po pierwszym roku treningów w Polonii zmieniono trenera w żeńskiej grupie.
Dlaczego?
- Nie było tak, jak sobie zamarzyłyśmy. Oczekiwałyśmy większej, cięższej
pracy i, że wyniki pójdą bardziej do przodu. Bałyśmy się buntu, więc po cichu
poszłyśmy do dyrektorów, którzy razem z rodzicami doprowadzili do zmian.
Do klubu przyszedł nowy trener. Czy coś się zmieniło?
- Już na pierwszym spotkaniu, jak tylko zobaczyłyśmy trenera, od razu
stwierdziłyśmy, że to facet do rzeczy. Przede wszystkim młody, i taki, z
którym łatwo można się porozumieć. My i poprzedni trener to były dwa różne
światy. Owszem, teraz też bywają sprzeczki i drobne konflikty, ale po nich
mamy pewność, że to trener ma rację.
Czy praca z nowym trenerem rzeczywiście ma wpływ na Twoje wyniki?
- Zdecydowanie tak. Od pierwszych zawodów zaczęłam poprawiać życiówki.
Tylko na 100 m kraulem, od września, poprawiłam je o sekundę, to naprawdę
bardzo dużo. Trener Stefcio, jak go nazywamy między sobą, to naprawdę
wymarzony trener, a jedyne, co mógłby zmienić, to przestać się tak wszystkim
przejmować.
A dlaczego w pierwszych wywiadach po pobiciu rekordów Polski mówiłaś, że
Twoim trenerem jest Batman?
- On nie chce zdradzać swoich personaliów. Pracuje jeszcze gdzie indziej,
a poza tym przyszedł do pracy, gdy wokół naszej grupy panowała nieciekawa
atmosfera. Zażartował kiedyś, że czuje się jak Batman, no i tak zaczęłam o
nim mówić. Zresztą, on rzeczywiście ma w sobie coś z filmowego Batmana, np.
przenikliwy wzrok. Wystarczy, że spojrzy i wie, co jest nie tak, co trzeba
zmienić.
Podobno do startów w zawodach przygotowujesz się, słuchając muzyki.
Jakiej, ostrego rocka?
- Na zawodach pożyczam od trenera discmana i najbardziej lubię słuchać
utworu ?High Hopes (Wielkie Nadzieje) Pink Floyd. Trener kupił też płytę ze
?śpiewem delfinów, na której słychać tylko plusk fal i właśnie piski
delfinów. Tej płyty słucham, kiedy chcę się zrelaksować, kiedy za bardzo się
stresuję.
?High Hopes? Na co masz nadzieje i jakie marzenia?
- Największe marzenie to dopłynąć do Sydney, wystartować w igrzyskach
olimpijskich. Ale to tak odległy cel, że na razie za mało dla mnie konkretny.
Ja wolę żyć codziennością, koncentrować się na starcie, który jest za
miesiąc.
Najlepsi polscy zawodnicy trenują w USA w słynnym Mission Viejo. Czy także
marzysz o wyjeździe za ocean?
- Nie, wcale mnie tam nie ciągnie. Mam już nawet propozycję wyjazdu po
maturze od Mariusza Podkościelnego, kiedyś świetnego pływaka, a dziś trenera
w Oregonie. Nie wyobrażam sobie jednak tak długiego rozstania z rodzicami.
Zresztą dziewczynom pobyt w USA nie służy aż tak dobrze jak chłopakom. Nie
wierzę, że jeśli tam nie pojadę, to nie osiągnę pewnego poziomu. W Polsce też
mamy świetnych pływaków. Myślę, że warto wyjeżdżać do USA tylko dla nauki
języka i żeby skończyć jakiś niezły college.
Jeden z najlepszych polskich pływaków Artur Wojdat powiedział w jednym z
wywiadów, że tak naprawdę nie lubił pływania, a właściwie lubił je, zanim
nauczył się dobrze pływać. Był na nie jednak skazany, bo nie umiał w życiu
robić niczego innego. Jak jest w Twoim przypadku?
- Nie chcę na razie robić w życiu niczego innego. Przyjemne chwile w
pływaniu są rzadkie, ale ja je przeżywam, gdy zdobywam medale, albo gdy na
treningu zaskakuje samą siebie wyrabiając się w coraz trudniejszych limitach.
Codzienny żmudny trening to katorga. Ale inaczej się to znosi, gdy się wie,
że haruje się na dobry wynik. Nie umiem żyć bez wody. W niej się wyżywam. Zresztą
ja mam 17 lat, a Wojdat, kiedy to mówił, musiał już być zmęczony karierą.
Interesuje się też matematyką i informatyką. Chcę dobrze poznać pracę na
komputerze. Ale on przegrywa w tej chwili z pływaniem.
Masz na swoim koncie kilka rekordów Polski i medali z różnych imprez. Co
do tej pory sprawiło Ci największą satysfakcję?
- Występ na ostatnich zimowych mistrzostwach Polski w Koszalinie, gdzie
popłynęłam 50 m kraulem poniżej 26 sek, co nie udało się dotąd żadnej Polce.
Nie spodziewałam się takich wyników. Wielką satysfakcję sprawił mi również
brązowy medal mistrzostw Europy juniorów w Glasgow w sierpniu ubiegłego roku,
bo był zupełnie nieoczekiwany i przypadkowy. Miałam startować delfinem, ale
już na miejscu zgłoszono mnie na 100 m żabką, bo zachorowała jedna z
pływaczek. Nikt nie mógł uwierzyć w ten medal.
Czy po ostatnich osiągnięciach odczuwasz większe zainteresowanie prasy
Twoją osobą?
- Rzeczywiście odczuwam, ale na razie mi to nie przeszkadza. Może dlatego,
że jak na razie nie miałam z prasą żadnych kłopotów. Wiem, że jeśli będę
pływać coraz lepiej, to zainteresowanie też będzie coraz większe i w pewnym
momencie może być uciążliwe. Na razie jestem z tego zadowolona.
Podobno mało brakowało, a zamiast kariery w wodzie, robiłabyś karierę na
deskach baletu...
- Jako dziecko byłam bardzo chuda. W zerówce rodzice zaprowadzili mnie
więc na próbę baletu w łódzkim teatrze. Nie przeszłam jednak finałów i mnie
nie przyjęto. Już wtedy bardzo się z tego ucieszyłam. Nie umiałabym
występować na scenie przed publicznością. Co innego stawać przed
publicznością na podium, bo to nagroda za ciężką pracę, a na scenie trzeba
grać.
Jak godzisz sport z nauką?
- Na pewno nie jest tak, że nauczyciele przepychają mnie z klasy do klasy
za dobre wyniki w sporcie. W każdym semestrze muszę pracować na swoje oceny i
zaliczam zaległości. W tym roku akurat będę miała największe problemy, bo w
drugim semestrze byłam w szkole tylko przez półtora tygodnia i mam zaledwie
dwie oceny.
Czy na wakacjach masz jeszcze przyjemność w niesłużbowym pławieniu się w
wodzie?
- Jeśli to jest jakieś spokojne jezioro czy staw, to nie chce mi się do
takiej wody wchodzić. Wolę poleżeć sobie w słońcu na brzegu. Co innego w
morzu, gdzie są fale i trzeba z nimi trochę powalczyć.
|